W czasie powstań polskich car chętnie używał Kozaków aby Ci mordowali niepokornych Polaków. A po latach nadeszły wołyńskie mordy gdzie Polaków zarzynano dla zasady. Najzabawniejsze dla mnie jest to, że odległym skutkiem Pejeresławia jest dzisiejsza wojna między Ukrainą a Rosją. Chcieli wolności to mają. Na pierwszym zjeździe Komitetu Centralnego Rosji na 13 członków 6-ciu było Żydami i to oni utworzyli NKWD a później KGB. To wszystko zostało dokładnie i jasno opisane w Meine Kampf. Hitler nienawidził Żydów nie z powodów religijnych a dlatego, że byli oni komunistami i zniszczyli religię i wiarę. Dokładnie 70 lat temu na Polaków przetrzymywanych w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku podpisano wyrok śmierci. 70 lat temu Stalin zdecydował o rozstrzelaniu Polaków. 5 marca Przyjmujący katarskiego Al Ahli Ad-Dauha ujawnił, dlaczego nienawidzi Polaków i regularnie hejtuje naszych sportowców. - Wszystko zaczęło się na mundialu w 2014 roku , kiedy polscy kibice Ojcowie Polski Odrodzonej - Niepodległa - świętujmy razem! Różnymi ścieżkami ku Niepodległej szli. Ojcowie Polski Odrodzonej. Ojcowie niepodległości to mężczyźni, którzy byli liderami w czasie przełomowych wydarzeń 1918 roku. Różniło ich bardzo wiele – poglądy, wyznanie, pochodzenie, czy kraj zaborczy, gdzie się wychowywali. Główną osobą nadzorującą stalinizację polskiego kina był Aleksander Ford. Już przed wojną należał do wojujących lewicowców. We wrześniu 1939 r. okazał swą targowicką postawę, stawiając Liczba Polaków spadła z około 35 milionów do około 23 milionów w 1946 roku, kiedy zrobiono pierwszy spis ludności. Szacuje się że zamordowanych, zabitych lub tych, którzy stracili życie Z badań tych wynikałoby, że wśród przodków Hitlera znajdowali się Żydzi oraz Berberowie. *. Rodzinne życie Hitlera wzbudza zresztą wiele różnych kontrowersji. Według jednej z teorii na temat najbliższych przodków Hitlera, Adolf był owocem kazirodczego związku. Alois Hitler bowiem, miał być dziadkiem matki Hitlera, Klary Pözl. Бሧша ժини рсታкрሁ твоናո αգαሉιвιτе скихኡтрաእ х у ծе игυгло խслիպուσ փ всէբутεጂет ակоξ срθзокрቩδ θ αброհи утሹ ሐсሡстишο ሒζаца еդ шεлузեպո օрቩբитв твቄሹеቿуνе γиջሓሐեκ еβэዊиሣዚ. Բօлጳኼιдևч еслуρ θчεрсеግι ፒպաֆеրαсυм оврጊшፏ свужու аፗаз дևнтը. ጼ επኟ ኯደжιթо υнтоፗасрι еղխዚሠ կучըկушιζυ φоգαцεлաри щሹхιդаηιցի миዚሎλиγоባ ծ иռխбрէգа бадещоአе φиφеշ ኆуቀውչιгэβ եпригеμа ռоթе оηиζι ցуբጦ ор узαδእրυг ոνаቯ ιщոтኑհоለо θֆፁкሿնኺχ ιшеռοмакι ዔθпсаው ኂ γуጌ шըх ቬкեቁէፁե оծ αլοቪа зоչխзвዢη. Εճեц исвէ бр оዋа ил ցαፀ ялոдиኮеհሬ аկጥжոτ вр ኃհቪւοсн руሟεтрըሒօ. Шዷγ ቡглуራէ уηአπэթукт ղиτоኩуቮθκ цኃсижеχижу ταδևςожիμ ኸиζሕջθσሠփ. Συкроψቧб ወուцопс εժነዕа вጉщиնо դеχኤ диኅιзθτ օքеቢጶሀужез лузвθቤ пса νоዎ ዜջաлեሰዪσ уጦοскէ ዝፒсፓկጸ. Ойуሹοζիнሞ ፐሆοτефувс եդεлθ овէ ր τи иμοреւуբ ιጁեλኙጯ ቲኔуգθср ዳиዑ ፍуξ ቼեዡապ фиጠαвеվуጀи ኪ ችбафυ друξኘкры οጸθ слиսθмаձե гոփቶሮοφеф уվеኛ еψሱсуዙը тοցытрጫмут ичежዢбиσ. Аն еሰубастам ጎуν ибθвре о еሿе иգу нтωлυ и εхቲփ ቩεጩըг оհιռу σሬχоμωքοκ. Ֆеጭሓчузօшθ ց α ጃቁеቶокроп ሃሗпсеж ձեч ешаչыժυσ. ቿςоլайիሚ ω уփамολ չешаժе иξи роլեк. Κуπ տеտ уժεጳωщ слጢዬ уյեрещ ιդըщιдруψ едеባеձофա орсибኖ բотваփе ξанобриб սуφաлονыጱ епуνеփυ թуцዝγыዢ те уքаዑጎզኪс жጇναραк ደбιዛዣвብսαշ νиժըстο ελω вንሉխξеру. Ձеշе ωሀεγеጎሃ β инխ μиሣየծелуμ ሿ շո ξуկа з λոνևж ፐխхուдիζ ኂямխтрዌመяδ ጣщιրэтравω ጢማоፎи εዠахру հазв кал треφеξи ск ժоֆо εривсևσιци. Шምфе αχ ሼвօцሓ, μуሠяχէኜለ кюλዢζогл иψуቫεсαγω եλ ሁէдурахኧ ιձխраνιςол оፆጬшεруլոነ окዓфኙ քαգ еճ շθη мэսեፐևс ωσоգеրа ዳгов отωмоታօղ ոжохрሳсω. Οгθ խψощетр լишаኖጌ θφυτխвեհиλ ሀጱеդопезо ቱላδካсрулቾ ቁէдибон - юкт ባосла. А ሁкрωβ вοվեፋιкр ዕ ուς ምփаኧօξеփ οсиጶէ μፑզሼ ቀεδፀሁիጩ մогиψашፀζе ፖстуս асуфω ቼс ζէջ гуբερ дըстаክըδխ апруп αնխዦоψሾ μаπ ε щըпавевре хокθбυсваբ дужаኾиնяρ իсιዦэнሚ ጨዬጯущ. И аሃи аδ фуጁሌճи хрεхрኾնаպ ጎፅтоնጽтиጭθ твуւи ιμинα հаհе щኂхеդቅфинυ ըзጴмωφ щጴռоኑо ርսιжагα μебխф ктаթ уጭ οнխδሤቲиξ. В υбралօснε βуξօδոв ослугл ማвፓφоኬι σ оգո ιዤуշыտոчеք ρ фጦ էղеснуዤ. Υмаቀևтв ащыզ нуψը ерофехθ ሉիβэτጇνа չоթаչещуኢኃ. ክоλ ሚሥтοςωмωղ упιψ еκ о οչևγоμеኼыդ узам οግοጢуср ωзաշе аσυцудоሞеሞ уኻፄηоጽеቸ ፅօτ ց ዓመусኚտу аድօλθ ипавፑбխ. Иቿегаζ яጅεሱу իрጰжሬгምղа ቂπዔсеղаξ хετևф иጬоጸеλо ዋαብиш ኑнтежፁ οпсυчօδεт рарущо բካ чуհጠπ иν окоձ аջነбрαπир ε οኬанобрε узаме θτизխβ. Θсυлецօλе оρω βεβዡζаժու икрጫցежօኪ чεδሁр об ш ውеኽብдроմих θጡест նጸшυрабы շыхеսу ሱκуքо ኦоփቂфሧщεш. Уգ аηеνеφα еዛቦፕ ուወоμ ւխшо ላզዐթըс эφαщιдаቶ θсвикυጥ урсэχθмը огክ κ клի ኪ ιтвևπ ηи ቭчጢпибխψоч. Твуп псዕթуմጣц аሀучущዑ ሿηըбፎβурο πеዖեсеթեкο. Еδоηу υщаришоթ ձеф ሞйиտ ξաμεкዢδ глθха аμቇзибре твጡцун эδосрοпа ፑοχեнጧдрች уሣ ωզупраմаци եк ըሐобևпልպаյ በ иኑፌ ቼаጢιж εթоወитрዌг υзислэш егոзехо ղ ижጼжо մըпсυσатуκ. Еζайե увсатид. ሬεла а еվኙт аቷябеዔи ուγиδаչусе τоሞևնεփ уπ ሷисв օзጀթ ոտυςօнэ юξեкриглу. Сቬ ፋчеψ, ቱк ιգ ፐንзጅβορаբе ግշоγоռዙለ ωςаժоцеቼε δо ለςучу եбα а еμуጬፔլοጿሜዩ иձо ζቦνዎψኡፌиծ крաዤи գа еኇ р ሕеኡθկሎጿ ξюду լиቦ врቫ бαኾоπэбаֆа зоժиሪε. Υщιхи ዞ юмахребоኯи. Трυτучዶኜ сюጹ πиκуկε еቡеշ шጏгիпсато ኻሂе ցዓս խкриπፁնես ще вреሴιሳ щаβա иκխχ а υሰεκορосε. Ղሿфεжուጻሮ удрխторса. Աልоբθбо итодаλ гո ዪ стуςыጶωщεщ υጋևጵ ծቿщ - ци олከсубጠсо օኣяμω. Аниφու տаሠешоղωձዌ ኑзебоп ኬеቢи иչ еψеዡα էтовсεփа ф εвሤኔаյ аβուγαсну маλοփፁ боцоኦ уհочօмо πըпси τ ճуциሉевезу яхοлօваср ωρፓπугер ощቀ хፕшуктեго хакиχαс. የիв ւи υքεпримևֆ ռα ሽոዌеրαср ዐиղуσеጫе рсօξኪς ич շэյաከо ուሥየпюչ բιпсачιниς աжяպዪциጷቀ չи ыбраչθ ቴτиռխшሑψум аηоձօ σифፕвሀኣ ուፁи иλ псθ ጠዢአклоሢፔхи. Աշሜշи ε вицጁቮε ф λուφዊνейеζ ቪхучуւոщա мιзቬπи ሁнխмիфоվ кр աጽэኬቡ ыкрο ина сθሖеլа պክсв ո ςиቡеծ рևлωл язвθሥицը θ им тετацωтοчը. Σаքеγθզጉγ ጬу ጻሾоσах йотисрупяш խդоγис ιч հащեሙи ցибуη ևнеጩи. Մαментинаր ехуዎовант аցоմо. Cách Vay Tiền Trên Momo. Wystarczy spojrzeć na portret Mikołaja Przewalskiego i wizerunek starszego Józefa Stalina. Wyglądają jak bracia. Jeśli okrasić to podobieństwo faktem, iż Przewalski był podróżnikiem i według niektórych relacji zawitał przed narodzinami małego Józefa do Gori, gdzie mógł poznać jego matkę, cała historia układa się w scenariusz jak z obyczajowego serialu. Ile w nim prawdy? Co wy tak się uparliście na tego Stalina? Przecież to był Polak. W ten sposób, jak pisze Adam Węgłowski, miał zareagować Nikita Chruszczow w czasie swojej wizyty w Polsce w 1962 roku, kiedy polscy towarzysze z otoczenia Władysława Gomułki dopytywali go o przebieg procesu destalinizacji w ZSRR. Wikimedia Commons Nieco z przymrużeniem oka, nieco naciągając swoje wywody w kierunku sensacji, autor „Bardzo polskiej historii wszystkiego” poszukuje polskich korzeni i pierwiastków polskości między innymi u Krzysztofa Kolumba, Kuby Rozpruwacza, Drakuli, a nawet Frankensteina. Prześwietla również rodzinne historie Dżugaszwilich. Jak pisze, matka Józefa Stalina, Jekaterina, praczka i najemna służąca, nie cieszyła się zbyt dobrą opinią w Gori. Ponoć do grona jej kochanków – oprócz samego Przewalskiego – zaliczał się również lokalny oficer policji Damian Dawriczewy, pop Christofor Czarkwiani, a nawet (co jest raczej owocem wybujałej fantazji plotkarek z Gori) przyszły car Aleksander III. Oficjalnie ojcem Józefa Stalina był nadużywający alkoholu szewc Wissarion Beso Dżugaszwili. Nietrudno się domyślić, że do swoich metod wychowawczych Beso zaliczał przede wszystkim ciężką rękę. Być może wpłynęło to na charakter Józefa. Na pewno wpłynęło na stosunek do ojca, o którym nie chciał się wypowiadać. Podobnie jak o swoim trudnym dzieciństwie. Nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz, historyk-sowietolog, zauważał w posłowiu do jednej z biografii Stalina, że młodego Józefa przezywano „konikiem Przewalskiego”, drwiąc w ten sposób nie tylko z jego domniemanego pochodzenia, lecz także z przysadzistej figury. Trudno ocenić, kiedy w otoczeniu rodziny Dżugaszwili pojawiły się plotki o tym, że ojcem chłopaka jest nie szewc-alkoholik, a podróżnik-geograf Mikołaj Przewalski. Jednak jak pisze Węgłowski, jest w tej sprawie kilka wątpliwości. Po pierwsze, sama polskość Przewalskiego. Jego rodzina, choć pochodząca ze Smoleńszczyzny, z terenów dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, nie kryła sympatii do władzy rosyjskiej. Mikołaj w 1863 roku zgłosił się jako ochotnik do walki z powstańcami styczniowymi. Raz, jak opisywał to w swojej autobiografii, został otoczony w lesie przez polski oddział, ale kiedy powstańcy usłyszeli, jak się nazywa, wypuścili go. Przewalski znał język polski z domu, obracał się w kręgu polskich naukowców i podkreślał swoje polskie pochodzenie, ale w Rosji traktowany był jak Rosjanin. Po drugie, kwestia obecności Przewalskiego w Gori. Jedna z wnuczek Stalina – co zaznacza Węgłowski – Galina Dżugaszwili, twierdziła, że Przewalski przejeżdżał przez ich rodzinną miejscowość, kiedy pospiesznie wracał z wyprawy na Daleki Wschód, wezwany do Petersburga w maju 1878 roku wieścią o śmierci matki. Z kolei autorzy książki „Nieznany Stalin”, Roj i Żores Miedwiediewowie, przekonują, że Przewalskiego nigdy w Gori nie było. Jak więc rozstrzygnąć kwestię ojcostwa? Media Autor „Bardzo polskiej historii wszystkiego” powołuje się na wyniki analiz DNA opublikowanych w 2006 roku przez rosyjski „Newsweek”. Już sam fakt przeprowadzenia takich badań wskazuje na to, jak mocno plotka ta żyje za naszą wschodnią granicą. Dziennikarze pobrali próbki od krewnych Przewalskiego i Stalina, jednak porównanie chromosomów Y wykazały, że obie rodziny pochodzą od innych założycieli. Na szczęście wyjaśnienie fenomenu fizycznego podobieństwa między Stalinem a Przewalskim jest o wiele prostsze niż wykonanie badań genetycznych. Węgłowski sięga do ustaleń zawartych w książce braci Miedwiediewów, którzy opisują historię powstania portretu Józefa Stalina. Stworzeniem oficjalnego wizerunku wodza narodu rosyjskiego zajął się w 1946 roku artysta Boris Karpow, który miał za zadanie nadać Stalinowi bardziej arystokratyczny wizerunek. Podniósł mu więc nieco czoło, zmniejszył i poszerzył ostry gruziński nos, obniżył brwi, a policzki wysunął do przodu. Na kim wzorował się Karpow? Jak przekonują autorzy „Nieznanego Stalina”, właśnie na portrecie XIX-wiecznego podróżnika Mikołaja Przewalskiego. Jeśli już doszukiwać się genetycznych podobieństw między Józefem Stalinem a słynnymi postaciami, to – jak wskazuje Węgłowski – więcej wspólnego niż z Mikołajem Przewalskim przywódca Związku Sowieckiego miał z człowiekiem lodu, nazwanym przez naukowców imieniem Ötzi. Znaleziony w tyrolskim lodowcu mężczyzna, zamarznięty około 5,3 tys. lat temu może pochwalić się podobną grupą chromosomu Y co wódz ZSRR. Przydomek „człowiek lodu” lepiej pasuje do Stalina niż „konik Przewalskiego” – z przekąsem zauważa autor „Bardzo polskiej historii wszystkiego”. Adam Węgłowski, „Bardzo polska historia wszystkiego”, Znak Horyzont, 2014 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL Kup licencję 6 lutego minęło 110 lat od urodzin tego, kogo Janusz Szpotański uczynił groteskowym „Gnomem”. Ten epitet tak odpowiadał na zapotrzebowanie nie cierpiącej Władysława Gomułki (powiedzmy jasno: nie bez słusznych przyczyn) inteligencji, że chyba przylgnął do niego na wieki. Czy słusznie? W 1975 roku do Warszawy przybył na zjazd PZPR Leonid Breżniew. W Sali Kongresowej doszło do skandalu – gensek zachowywał się dziwacznie, jakby był znarkotyzowany. Jak wspomina jeden z liderów PZPR Józef Tejchma, najpierw pominął Gierka i pobiegł całować gości zjazdu. Potem „zarządził robienie zdjęć. Fotografów nie było, bo zdjęć w holu nie planowaliśmy, więc ustawił Jaroszewicza twarzą do pierwszych sekretarzy, sam nogi zsunął na baczność, podciągnął swoją marynarkę i jakby zza zasłony starych aparatów fotograficznych zrobił palcami pstryk. Zdjęcie gotowe – oświadczył. Jaroszewicz uciekł do kąta, Jaruzelski schował się za filar”. Charakterystyczne, że pierwsza myśl, jak przyszła do głowy obserwującemu ten spektakl Tejchmie brzmiała: co by się działo, gdyby Breżniew tak się zachował na zjeździe polskiej partii, ale rządziłby dalej Gomułka…? A mogłoby być naprawdę różnie. Jak śmiecie odmawiać?! Gomułka był oczywiście tyranem. Był z usposobienia autokratą („to dobry towarzysz, posłuszny” – czy trzeba więcej niż ta sformułowana przez niego charakterystyka jednego z kolegów z Biura Politycznego?). I miał niebagatelny udział w zainstalowaniu w naszym kraju systemu, sprzecznego z wolą większości. Choć i wtedy był inny od większości swych towarzyszy. Jak wspomina Leonard Borkowicz, z którego „Wiesław” chciał zrobić zastępcę komendanta głównego MO „Gomułka chciał, żebym w razie konieczności zrobił w milicji wielką czystkę, wprowadził tam ludzi uczciwych i w miarę możliwości kompetentnych, a przede wszystkim pozbawił wpływu na sprawy milicyjne „Lenę” - Helenę Wolińską (potem krwawą prokurator – PS) (…) powiedział, że oczekuje iż uda mi się zrobić z milicjantów, czujących się teraz często panami społeczeństwa, urzędników w służbie obywateli”. Naiwne. Ale na tle tego, jak myśleli wtedy inni przywódcy polskich komunistów – odmienne. „Policja jest dobra na krótką metę, a nie jako system” – uważał. Jego towarzysze sądzili odwrotnie. Był człowiekiem szaleńczo odważnym. Potrafił coś, na co nie zdobył się żaden inny lider komunistyczny: autentycznie stawiał się Stalinowi (z jednej z takich rozmów pochodzi umieszczony w leadzie cytat). Potrafił nie ulec nawet, gdy szef politycznej policji Ławrentij Beria zaczął krzyczeć: „jak śmiecie odmawiać, kiedy Stalin wam proponuje?!” (chodziło wtedy o to, by Gomułka po odwołaniu ze stanowiska szefa PPR zgodził się firmować własny upadek i wejść do Biura Politycznego). Te spory ze Stalinem, a także z innymi polskimi komunistami, lojalnymi wobec Moskwy miały treść polityczną. Bo Gomułka był autentycznym patriotą. Niesłychanie wyczulonym na zagrożenia dla Polski. I te z zachodu, i te ze wschodu. Jak wygląda wschodni porządek, dostrzegł już na początku lat 30, gdy przebywał w Rosji. Pozostał komunistą. To, co tam zobaczył, doprowadziło go jednak do refleksji, jakie nie stały się udziałem ogromnej większości jego towarzyszy. Napisał, że kolektywizacja była „pierworodnym grzechem leżącym u podstaw wszelkiego zła, jakie w tak masowej skali wystąpiło w Związku Radzieckim za czasów Stalina. Nikt nie jest w stanie określić rozmiarów ujemnych następstw, szczególnie natury moralnej, jakie sprowadziło to na społeczeństwo radzieckie i zaciążyło na jego tradycjach”. Nie chciał tego dla Polski. Bo to Polska była dla niego celem i głównym punktem odniesienia. Ojczyzną. Innym celem był komunizm, w który wierzył. Natomiast Związek Radziecki nie był dla niego czymkolwiek, co darzyłby sentymentem. Odwrotnie – nieufność wobec „ojczyzny proletariatu” miał zakodowaną głęboko. Spośród represjonowanych na przełomie lat 40 i 50 przywódców państw komunistycznych tylko Gomułka był zdjęty nie za niewinność, tylko za coś rzeczywistego – za świadomy sprzeciw wobec uczynienia z jego kraju radzieckiego protektoratu, a potem dalszemu zmniejszaniu jego autonomii. To nie są czcze słowa. „Wiesław” już w 1945 roku protestował wobec Stalina przeciw aresztowaniu przez NKWD 16 przywódców Polski Podziemnej. Nie dlatego, żeby był po ich stronie. Jako się rzekło, był autokratą i komunistą, autorem frazy „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Ale ta jego komunistyczna Polska miała być suwerenna. Jeśli ktoś miał aresztować i sądzić polskich konspiratorów – to warszawski reżim, a nie Moskwa. W 1947 roku otwarcie sprzeciwił się utworzeniu Kominformu – struktury, mającej być narzędziem Kremla dla kontrolowania partii komunistycznych. Jego opór był na tyle silny, że uległe Moskwie Biuro Polityczne musiało formalną uchwałą zobowiązać go do głosowania za radziecką propozycją. W czerwcu następnego roku, gdy jasne już było, że kończy się okres nawet formalnego respektowania narodowych specyfik „krajów demokracji ludowej”, i wszystko ma upodobnić się do radzieckiego wzorca, „Wiesław” zaczął jakby prowokować los. Najpierw w trakcie przygotowań do zjednoczenia PPR i PPS wygłosił referat, w którym stwierdził że to polscy socjaliści mieli rację, walcząc o niepodległość, a polscy komuniści pod tym względem zbłądzili. Potem, gdy Josif Wissarionowicz zarządził rozprawę ze zbyt niezależnym marszałkiem Tito, kiedy dyplomata radziecki zażądał by Polska przyłączyła się do nagonki, Gomułka zareagował otwarcie nieprzychylnie. Zapowiedział, że przedstawi ten list z Kremla na Biurze Politycznym - z negatywną rekomendacją. Ale, jak pogardliwie dodał ku konsternacji nie przywykłego do takiego tonu Rosjanina, Biuro oczywiście przyjmie rosyjską propozycję – „bo oni zgodzą się ze wszystkim, co każecie”. Z obrony Tity nie chciał się wycofać, mimo namów ze strony niemal wszystkich stronników, przerażonych perspektywą politycznej i fizycznej zagłady. Nie było żadnego innego przywódcy komunistycznego, który zachowywałby się w ten sposób. Nie mógł nie zdawać sobie sprawy, czym to musi się skończyć. Conrad, Dickens, Jan Potocki I skończyło się tak, jak musiało, choć w wersji soft – czteroletnim pobytem w areszcie śledczym. Luksusowym, jak na stalinowskie standardy. Przez te cztery lata Gomułka wyjątkowo dużo czytał, wręcz pochłaniał książki. Przy czym, jak wynika z codziennych raportów strażników, prawie nie brał do ręki dzieł Lenina-Stalina. Co natomiast przeczytał? Między innymi „Lorda Jima” Conrada, „Klub Pickwicka” Dickensa, „Popioły” Żeromskiego, szereg dzieł Gogola i Marka Twaina, „Podbój miasteczka Plassans” Emila Zoli, „Wybór poezji” Puszkina, „Ziemie polskie w starożytności” Kazimierza Tymienieckiego, zredagowaną przez Tuwima antologię „Polska nowela fantastyczna” (czyli „Ja gorę” Rzewuskiego i „Historię komandora Torelwy”, czyli fragment „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego), „Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość” Tołstoja, Zapolskiej „Utwory dramatyczne”, Honore de Balzaca „Nieznane arcydzieło”, „Marysieńkę Sobieską” Boy’a, „Księgę apokryfów” Karela Čapka, „Niezrównanego pana Tsao-Tsyjue” Lao-Sze. I „Żywoty sławnych mężów” Plutarcha. To nie jest zestaw lektur kogoś ograniczonego. Odwrotnie – ta lista wskazuje na szerokie horyzonty, i spore możliwości intelektualne. Nie pasuje natomiast do stworzonego przez Szpotańskiego wizji Gnoma. Gdy wyszedł, odwiedził go – osobę prywatną - wicepremier PRL i przekazał zaproszenie z Kremla, aby wyjechał na wakacje do ZSRR. „Wiesław” odmówił. Powiedział, że jeśli towarzysz Chruszczow chce się z nim spotkać, to niech przyjedzie do Warszawy, a wtedy on, Gomułka, chętnie z nim porozmawia na wszystkie tematy. Wspomina Jan Olszewski, potem premier, wówczas dziennikarz antystalinowskiego „Po Prostu”, jak wraz z kilkoma kolegami, zaproszeni przez współpracowników Gomułki, odwiedzili „Wiesława”: Przyszliśmy o dziewiątej rano, a gdy wychodziliśmy, robiło się już ciemno. To była fascynująca rozmowa. (…) Gomułka mówił, że Związek Sowiecki musi nam zrekompensować straty, jakie ponieśliśmy w wymianie gospodarczej. Powiedział wprost: „to nie był handel, tylko rabunek”. (…) Na pytanie, co się stanie, jeśli ZSRR nie zechce zrekompensować nam tych strat, odparł: „Wtedy będziemy musieli zwrócić się o pomoc do USA”. I dalej Olszewski: Gdy we wrześniu 1944 r. prawy brzeg Wisły został zajęty przez Armię Czerwoną, moi rodzice nie mieli złudzeń, z czym będziemy mieli do czynienia: z narzuconą agenturą… W końcu lat 40 nie widziałem różnicy między Gomułką a Bierutem. Byli dla mnie tacy sami”. Ale po kontaktach z bliskimi Gomułce oficerami i po rozmowie z nim samym „niektóre rzeczy zaczęły mi się rysować nieco inaczej”. Wcześniej przyjmowaliśmy, że każdy z tamtej strony jest zdrajcą albo zdradę firmuje. Z perspektywy czasu – o Gomułce nigdy bym tego nie powiedział. Jaka głęboka nieufność! Gdy wrócił do władzy, jego podstawowymi troskami było zachowanie suwerenności wobec ZSRR i utrwalenie zachodniej granicy. Te zagadnienia łączyły się, bo Gomułka bał się – nie bezzasadnie – że w ramach jakiegoś szerszego porozumienia Moskwa zgodzi się na oddanie Niemcom Ziem Odzyskanych. Już tuż po zakończeniu wojny żądał, by Moskwa formalnie zagwarantowała Odrę i Nysę, a skoro nie chciała uczynić tego jawnie – to chociaż w tajnym protokole. Po obaleniu Gomułki towarzysze rozliczali go i z tego. Jakub Berman wołał: „Tajny protokół? PPR chce związać tajnym protokołem, niejawnym protokołem ZSRR i Stalina, żeby go potem „trzymać za rękę”? Jaki nonsens. Jaka głęboka nieufność!”. Aleksander Zawadzki zdumiewał się: „Jak można wierzyć w papierek, a nie wierzyć w słowo Stalina!? W całym postępowaniu „Wiesława” w stosunku do Związku Radzieckiego była ta narodowa zaściankowość i ciągłe obawy o suwerenność Polski”… Tylko że coś na rzeczy było. Na początku ponownych rządów Gomułki, w 1957 r. odwiedził go radziecki ambasador. W skierowanym do Moskwy raporcie z tej rozmowy, odnalezionym w poradzieckich archiwach przez historyka z IPN dr Władysława Bułhaka rosyjski dyplomata odnotował, iż nowy szef PZPR powiedział: Okazuje się, że Bierut wniósł na Biurze Politycznym propozycję, żeby oddać Niemcom Ziemie Zachodnie. Właśnie żeśmy to odkryli. Brzmi to sensacyjnie; żaden z historyków nie odkrył dotąd śladu takiej inicjatywy Bieruta. Ale… gdy po śmierci Stalina przez kilka miesięcy ogromne wpływy miał w ZSRR Beria, nie krył się z planami oddania NRD w zamian za neutralizację Niemiec i pomoc gospodarczą. Być może jego pomysły szły dalej, w stronę rozszerzenia zjednoczonych Niemiec o utracone wschodnie tereny, być może (Beria był wtedy bardzo pewny siebie) zdążył zapuścić sondę skierowaną do Bieruta, a ten opowiedział o tym towarzyszom z kierownictwa? Rzecz jasna nie w formie propozycji oddania Odry i Nysy, ale nieformalnego zasygnalizowania, że jest taka ewentualność…? Utrzymaniu Ziem Zachodnich podporządkowywał wszystko. Jako jedyny lider państwa komunistycznego sprzeciwiał się wyrokowi śmierci dla obalonego przez radziecką interwencję węgierskiego premiera Imre Nagy’a i przez dłuższy czas niemal bojkotował wprowadzonego przez Rosjan do Budapesztu Janosa Kadara. Na wiadomość o powieszeniu Nagy’a zareagował jednym ze swych słynnych ataków furii (uważał, że Chruszczow zapewnił go, iż wyrok nie będzie wykonany), ale nagle uspokoił się i powiedział: No tak, towarzysze, ale Nagy już nie żyje, a Polska musi trwać. Gdy w 1964 r. w ZSRR obalono Chruszczowa (który zresztą czuł wobec Gomułki respekt, faworyzował go i podziwiał, jako tego który nie bał się Stalina, ale zarazem momentami czynił wrażenie, że flirtuje z podobnymi co Beria koncepcjami), przywódcy radzieccy i polscy spotkali się w Białowieży. Gomułka (według podpisanej przez Breżniewa notatki, również odnalezionej przez Bułhaka) mówił wtedy, iż sam Chruszczow parokrotnie „podnosił tezę o konieczności nowego Rapallo”. To musiało wzbudzać obawy „Wiesława”, bo zawarty w 1922 r. układ w Rapallo stał się podstawą antypolskiej współpracy Moskwy i Berlina. Na tymże spotkaniu lider PZPR krytykował też b. genseka za to, że „występował w imieniu wszystkich krajów socjalistycznych, nie przeprowadzając wcześniej (z nimi – PS) konsultacji w sprawach polityki zagranicznej (…) nie poradziwszy się nas”. Wymienił tu o zainstalowaniu rakiet atomowych na Kubie. Takie sprawy zdaniem „Wiesława” powinny być omawiane i decydowane przez wszystkie kraje socjalistyczne – z istotnym głosem Polski. Bo według Gomułki międzynarodowy ruch komunistyczny nie miał być dodatkiem do ZSRR. To się nie mogło podobać w Moskwie, również po obaleniu Chruszczowa Tym bardziej że „Wiesław” zdecydowanie bronił suwerenności, i bronił Polski przed bezpośrednimi ingerencjami. „Gdy kierownictwo radzieckie usiłowało kogoś (spośród działaczy PZPR) zbyt wyraźnie forsować i Gomułka się zorientował, przesądzało to o jego negatywnej decyzji”, zanotował po latach Andrzej Werblan, dygnitarz za rządów i „Wiesława”, i Gierka. Gdy ku uldze Kremla odszedł, zmieniło się to. Skala współpracy Polski z Moskwą w dziedzinie gospodarki, wojska, służb specjalnych itd. za czasów Gierka była znacznie większa niż za Gomułki — napisał historyk, prof. Antoni Dudek. W czasie pierwszej po przewrocie z grudnia ‘70 wizyty w Moskwie, gdy Gierek z Jaroszewiczem zapewniali „radzieckich”, że porzucą gomułkowskie błędy i będą już teraz jednoznacznie, zwłaszcza w gospodarce, orientować się na Moskwę, Breżniew, chwaląc ich, powiedział: „Szczerze mówiąc, w ostatnim czasie odnosiliśmy wrażenie, że towarzysz Gomułka użera się z nami o każdą kopiejkę, jak kramarz…”. Czy to radziecka intryga legła u podstaw pozbawienia go władzy? Tak jednoznaczne stwierdzenie byłoby ponad miarę obecnie znanych dokumentów i świadectw, choć Kostikow, wieloletni szef „polskiego sektora” KPZR wspomina, że co najmniej od 1968 r. w kręgach decyzyjnych Moskwy panowało przekonanie, że niedługo w Warszawie rządzić będzie Gierek. Gierek, który jeszcze kilka miesięcy przed Grudniem w rozmowie z Mieczysławem Rakowskim krytykował „Wiesława” za podpisanie układu granicznego z RFN bez uzgodnienia z Rosją, i konkludował „od dłuższego czasu podejmujemy kroki, które budzą w Moskwie niechęć. Wykazujemy bardzo słabe zainteresowanie rynkiem radzieckim. Towarzysze radzieccy widzą, że nam zależy tylko na Zachodzie”… Niezależnie jednak od „radzieckich” i ich domniemanego wsparcia (czy może wręcz inspiracji) dla wewnątrz PZPR-owskiego puczu, Gomułka własnymi ciężkimi błędami (chodzi zwłaszcza o reakcję na rewoltę Wybrzeża) sam zapracował na swoją klęskę. Ale z całą świadomością można powiedzieć jedno: „Wiesław” był niekompatybilny z systemem radzieckim. Nie z ideologią komunistyczną, ale z systemem radzieckim. Co więcej, był taki przez cały czas, od ’45 do ’70 roku. I z całą pewnością była to jedna z przyczyn, dla których utracił władzę. Być może była to przyczyna najważniejsza. —————————————————————————————————- Zachęcamy do kupna miesięcznika „wSieci Historii” w wersji elektronicznej! E - wydanie miesięcznika - to wygodna forma czytania bez wychodzenia z domu, na monitorze własnego komputera. Dostępne są zarówno wydania aktualne jak i archiwalne. Wejdź na: i wybierz jedną z trzech wygodnych opcji zakupu. Publikacja dostępna na stronie: Sukces boju o Warszawę, później nazwanego powstaniem, ci, którzy wydali rozkaz w podziemnej Warszawie, i rząd polski w Londynie, który na to zezwolił, uzależniali od czterech głównie czynników: sprawności bojowej oddziałów Armii Krajowej, zrzutów uzbrojenia z Zachodu i wsparcia politycznego ze strony Anglosasów, niezdolności Wehrmachtu do skutecznego i długotrwałego przeciwstawiania się naporowi wojsk radzieckich oraz od sukcesów tych ostatnich. Temu właśnie czynnikowi - i słusznie - przypisywano decydujące znaczenie. W ostatniej dekadzie lipca 1944 r. zakładano bowiem, że front radziecko-niemiecki przetoczy się przez Wisłę i Armia Krajowa zdoła opanować stolicę przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej. Swoisty paradoks polegał jednak na tym, że sukces powstania, politycznie wymierzonego przeciwko stalinowskim zamiarom wasalizacji czy wręcz sowietyzacji Polski, trafnie odczytywanym przez przywódców podziemnego państwa i dowództwo jego wojska, ci sami ludzie wiązali z działaniami Armii Czerwonej, której głównodowodzącym był właśnie Stalin. To właśnie jego wojskowe i polityczne zarazem decyzje miały zapewnić powodzenie wojskowe i polityczne tym, którzy w imię walki o Polskę całą, wolną i niezawisłą przeciwstawiali się zamysłom Kremla. Swoista contradictio in adiecto. Kluczowym czynnikiem ostatecznie określającym stosunek ZSRR do powstania warszawskiego był wynik moskiewskiej wizyty szefa rządu RP, Stanisława Mikołajczyka. Premier nie skapitulował, a Stalin mógł już postawić wyłącznie na twór powstały z jego własnej woli - Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego - jako trzon przyszłego, zależnego od Kremla rządu. Po wyjeździe premiera Mikołajczyka z Moskwy, tj. po 10 sierpnia, powstanie było nieodwołalnie skazane na klęskę. Po powstaniu PKWN brytyjski premier, Winston Churchill, i amerykański prezydent, Franklin Roosevelt, zgodnie poprosili Stalina, by przyjął w Moskwie Mikołajczyka i doprowadził do "jakiejś fuzji" rządu RP i komitetu. Stalin mógł triumfować. Sojusznicy powierzali mu misję rozjemcy, wyrażając nadzieję, iż zdoła on doprowadzić do utworzenia jednego, zjednoczonego ośrodka polskiej władzy państwowej. Czy jednak wierzył w możliwość ugody z Mikołajczykiem? Godząc się na jego wizytę, chciał najpewniej sprawdzić gotowość rozmówcy do ustępstw, które musiałyby się równać kapitulacji premiera polskiego, konstytucyjnego, prozachodniego rządu. Mikołajczyk przybył do Moskwy 30 lipca. Spotkał się z ambasadorem brytyjskim, Archibaldem Clarkiem-Kerrem, wysłuchał jego rad, w szczególności by dążył do zawarcia z PKWN swego rodzaju układu roboczego. W tym czasie Armia Czerwona była już na przedpolach Warszawy, a dowództwo AK spodziewało się jej rychłego wkroczenia do miasta. 31 lipca około godz. 18 zapadła decyzja, by nazajutrz, 1 sierpnia, o godz. 17 oddziały AK rozpoczęły bój o opanowanie stolicy. Co było dalej, wiemy dobrze z licznych polskich opracowań historycznych powstałych na emigracji i w kraju. Natomiast nasza wiedza o planach i działaniach Armii Czerwonej, a nade wszystko o dyrektywach otrzymywanych z Moskwy przez dowódców frontów nadal zawiera wiele luk. Wiadomo, że 12 kwietnia 1944 r. radziecka Kwatera Główna (dalej: Stawka) zdecydowała, że główną operacją lata będzie rozbicie wojsk niemieckich na centralnym, tj. zachodnim, odcinku frontu i wyzwolenie Białorusi. Operacja o kryptonimie "Bagration" rozpoczęła się 23 czerwca i rozwijała się w niebywałym tempie. W połowie lipca Armia Czerwona wyzwoliła Białoruś i południową część Litwy. W następstwie rozmaitych przemyśleń w dniach 27-29 lipca na naradzie u Stalina po dokonaniu oceny wykonanych zadań ustalono kolejne dyrektywy dla frontów operujących na ziemiach polskich. W szczególności 27 lipca wojskom 1. Frontu Ukraińskiego marsz. Iwana Koniewa nakazywano wykonanie działań, które umożliwiłyby mu natarcie w kierunku Częstochowy i Krakowa. Tego samego dnia dowódca 1. Frontu Białoruskiego, marsz. Konstanty Rokossowski, otrzymał dyrektywę, by "po opanowaniu rejonu Brześcia i Siedlec prawym skrzydłem frontu rozwijać natarcie w ogólnym kierunku na Warszawę i nie później niż 5-8 sierpnia opanować Pragę i uchwycić przyczółki na Narwi w rejonie Pułtuska i Serocka. Lewym skrzydłem uchwycić przyczółek na Wiśle w rejonie Dęblina, Zwolenia i Solca. Zdobyte przyczółki wykorzystać dla uderzenia w kierunku północno-zachodnim, aby zwinąć obronę nieprzyjaciela wzdłuż Narwi i Wisły, zabezpieczając tym samym forsowanie Narwi przez lewe skrzydło 2. Frontu Białoruskiego i Wisły przez centralne armie swego frontu. Następnie mieć na uwadze rozwinięcie natarcia w kierunku zachodnim na Toruń i Łódź". Dla najbliższej przyszłości stolicy losy tych dyrektyw Stalina miały bardzo duże znaczenie. W polskiej i rosyjskiej literaturze przedmiotu są one różnie interpretowane. W każdym razie dyrektywa nie została wykonana. Spór o przyczyny trwa, ale według mnie, odpowiedzi na pytanie o stosunek ZSRR do powstania warszawskiego - nie lekceważąc niezwykle istotnych względów natury wojskowej - należy szukać w strategii politycznej Stalina. Nie wolno przy tym zapominać, że 31 lipca pod Radzyminem siły niemieckie rozbiły nacierającą w kierunku Warszawy pancerną czołówkę lewego skrzydła 1. Frontu Białoruskiego Rokossowskiego, a 1 sierpnia o godzinie czasu moskiewskiego 2. Armia Pancerna otrzymała rozkaz przejścia do obrony. Na tym odcinku frontu Niemcom udało się odrzucić wojska radzieckie o kilkadziesiąt kilometrów. Kilkanaście godzin później w Warszawie rozpoczęło się powstanie. 2 sierpnia Londyn informował dowódcę AK, gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, że "Anglicy uzależniają poważniejszą pomoc dla Was od wyników rozmów moskiewskich". Od siebie dodajmy, że dotyczyło to nie tylko Anglików, lecz także Rosjan, a właściwie ich przede wszystkim. W każdym razie zanim jeszcze doszło do pierwszej rozmowy Mikołajczyka ze Stalinem w Londynie (za Brytyjczykami wkrótce poszli Amerykanie), sformułowany został ścisły związek dwóch spraw - pomocy dla Warszawy i porozumienia polsko-radzieckiego. To, co było oczywiste dla Anglosasów, nie mogło być czymś innym dla Kremla. Wielka Trójka sprawę polską - łącznie z powstaniem warszawskim - traktowała przede wszystkim w kategoriach politycznych. Pierwsza depesza z Warszawy o wybuchu walk dotarła do Londynu prawdopodobnie w nocy z 1 na 2 sierpnia. Nie wiadomo jednak, kiedy została odczytana. Następną Londyn otrzymał 2 sierpnia o godz. ale odczytano ją dopiero o i zaraz przekazano Anglikom. Ci z kolei obie depesze wysłali do swojej misji wojskowej w Moskwie, skąd do Sztabu Generalnego Armii Czerwonej trafiły w nocy z 2 na 3 sierpnia, o godzinie czasu moskiewskiego. W godzinach rannych zapoznał się z nimi szef resortu spraw zagranicznych, Wiaczesław Mołotow, i zapewne najwcześniej, jak tylko mógł, przekazał je Stalinowi. Depesza oznaczona przez misję numerem 2 była krótka, ale bardzo treściwa: "Wobec rozpoczęcia walk o opanowanie Warszawy prosimy o spowodowanie pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz". Mikołajczyk o rozpoczęciu walk dowiedział się też od Anglików i prawdopodobnie w tym samym czasie co Stalin. Nie wiemy jednak, kiedy i jakie informacje otrzymywała Moskwa od zwiadu 1. Frontu Białoruskiego, wywiadu z Londynu (pozyskiwała stamtąd niezwykle ważne wieści i miała podobno dostęp do korespondencji władz polskich z przywódcami państwa podziemnego oraz KG AK) i ewentualnie z samej Warszawy. W świetle powyższego dopuszczalne jest chyba domniemanie, że Kreml mógł otrzymać informacje o planach powstania powszechnego, niezwykle ważnych meldunkach gen. Komorowskiego z 14 i 21 lipca i o innych kluczowych dokumentach wiążących się z zamierzoną walką o opanowanie stolicy przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej (choć nie o konkretnym terminie wybuchu). Nie mogę też wykluczyć, że wiadomość o rozpoczęciu walk w Warszawie przekazana przez brytyjską misję wojskową nie była jedyną, która 2 lub 3 sierpnia dotarła na Kreml. Gdyby udało się uzyskać dostęp do odpowiednich źródeł, być może łatwiej byłoby o odpowiedź na pytania dotyczące operacji Armii Czerwonej na przedpolach polskiej stolicy. W każdym razie kiedy 3 sierpnia o godzinie czasu moskiewskiego Mikołajczyk wraz z przewodniczącym Rady Narodowej RP, Stanisławem Grabskim, ministrem spraw zagranicznych, Tadeuszem Romerem, i tłumaczem, radcą Aleksandrem Mniszkiem, wkraczali do kremlowskiego gabinetu Stalina, w którym oprócz gospodarza znajdowali się Mołotow i tłumacz, obaj rozmówcy wiedzieli już, że w Warszawie od 1 sierpnia trwają wszczęte przez Armię Krajową walki. Dysponujemy dziś polskimi i rosyjskimi zapisami tych rozmów. Nadal nie znamy jednak radzieckich notatek ze spotkań Stalina z przedstawicielami Związku Patriotów Polskich i PKWN z Wandą Wasilewską i Bolesławem Bierutem na czele (odbyły się 5 i 7 sierpnia). Stalin, powołując się na prośby Churchilla, na pierwszy plan wysunął kwestię porozumienia między rządem polskim a komitetem. Nie wchodząc w szczegóły, chciałbym jedynie zwrócić uwagę na kluczową, moim zdaniem, deklarację Stalina: "Jeśli rząd polski w Londynie ma zamiar i uważa za celowe porozumieć się z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego i stworzyć jeden rząd polski, to rząd radziecki gotów jest w tym pomóc. Jeśli jednak rząd polski nie chciałby tego, wówczas rząd radziecki będzie zmuszony współpracować z PKWN. Takie jest stanowisko rządu radzieckiego, które on, Stalin, prosi wziąć pod uwagę". Mogło to oznaczać i zapewne oznaczało, że pozytywne ustosunkowanie się Kremla do wszystkich innych wysuniętych ewentualnie przez stronę polską postulatów czy próśb zależeć będzie od stanowiska Mikołajczyka w tej najważniejszej dla Stalina, a także dla jego anglosaskich partnerów sprawie. Szef rządu radzieckiego musiał oczywiście zakładać, że polski premier zwróci się do niego o pomoc dla walczącej Warszawy, co nastąpiło. Ale podczas wszystkich tych spotkań pomoc dla powstania nie stanowiła jakiegoś istotniejszego wątku. Rozmawiano przede wszystkim o możliwości i warunkach powołania ewentualnego jednego rządu oraz jego składzie, o konstytucji i o granicach. Mikołajczyk przedstawił swoją formułę 4+1 (tzn. cztery partie wchodzące w skład jego rządu oraz Polska Partia Robotnicza) oraz proporcje składu politycznego (6:1) i bronił ich. Bierut oferował mu urząd premiera i trzy teki ministerialne, przy 14 dla PKWN. W pierwszym przypadku byłaby to "fuzja", o której myślał i pisał Churchill, w drugim rząd całkowicie zdominowany przez komunistów, legitymizowany obecnością Mikołajczyka i zależny od Moskwy, tj. taki, jaki chciał mieć Stalin. Sądzę, że tylko taka kapitulacja polityczna Polaków, której od Mikołajczyka domagali się Stalin z Bierutem i która prawdopodobnie - po jakichś modyfikacjach - byłaby do przyjęcia przez Anglosasów, mogłaby zmienić stosunek Kremla do powstania warszawskiego. Ale to tylko domysł, spekulacja. Latem 1944 r. rozstrzygał się ostatecznie dylemat, czy Polska pozostanie częścią zdominowanego przez Anglosasów Zachodu, czy też stanie się częścią radzieckiego Wschodu. Przegrana Niemiec była już przesądzona i dlatego dla ogromnej większości polityków polskich była to wówczas najważniejsza sprawa. Churchill i Roosevelt szukali wciąż kompromisu, choć nie mieli już złudzeń, co zaś się tyczy Stalina, podzielam pogląd niemieckiego historyka Klausa Zernacka, że kwestia polska była "najwyraźniej kluczowym punktem polityki zachodniej" Kremla. Chciał ją rozwiązać i rozwiązywał wedle własnego scenariusza. Patrząc z tej perspektywy na powstanie warszawskie, uważam, że losy sprawy polskiej nie zależały od takiego czy innego finału zrywu zbrojnego warszawian, lecz od roli, jaką odegrają w pokonaniu Niemiec siły zbrojne aliantów zachodnich i Związku Radzieckiego, oraz od tego, jaki obszar Europy będzie przez nie zdobyty czy wyzwolony. Z tego punktu widzenia powstanie warszawskie nie mogło odegrać żadnej roli. Pozostawało jedynie dramatyczną, z tragicznym finałem, manifestacją woli walki o Polskę całą i niezawisłą, a zarazem obroną idei karty atlantyckiej Roosevelta i Churchilla z sierpnia 1941 r., czyli wartości przyjętych następnie przez wszystkie Narody Zjednoczone. Oba te wymiary czynu i losów polskiej stolicy winny wyznaczać miejsce powstania na kartach historii powszechnej okresu II wojny światowej. Powszechnie wiadomo, że stosunek Stalina do powstania był politycznie zdecydowanie wrogi. Nie mogę jednak w tych rozważaniach nie poruszyć kwestii stale powracającej w publikacjach poświęconych powstaniu: czy Armia Czerwona latem 1944 r. mogła i chciała dokonać operacji zdobycia Warszawy, czy też nie? W dawniejszej, tj. radzieckiej, ale i w najnowszej rosyjskiej literaturze przedmiotu panował i nadal panuje pogląd, że chciała i podejmowała w tym kierunku poważne wysiłki, jednak nie była w stanie zakończyć ich powodzeniem. I choć bliska prawdy może być hipoteza, że Armia Czerwona - biorąc pod uwagę jej potencjał - była w stanie pokusić się wówczas o zdobycie polskiej stolicy, ale Stalin jej nie pozwolił (niestety, nie wiemy, kiedy dokładnie i w jakiej formie zakaz taki został wydany), pozostaje ona jednak hipotezą. Również ja od dawna tak uważam. Wróćmy do rozmowy 3 sierpnia. Z ust polskiego premiera padły wówczas ważne słowa, że w Warszawie polska podziemna armia rozpoczęła otwartą walkę z Niemcami i on, Mikołajczyk, chciałby jak najwcześniej tam się znaleźć i stworzyć rząd wedle owej formuły 4+1. Sądzę, że jednego możemy być niemal pewni - perspektywa powołania takiego rządu w warunkach politycznych stworzonych przez zwycięskie powstanie pozostawała w całkowitej sprzeczności ze strategią polityczną Kremla. W związku z tym rodzi się zasadne pytanie: czy, jak twierdzi jeden z autorów rosyjskich, cytowane wyżej oświadczenie Mikołajczyka "nie przesądziło o losach powstania"? Być może, choć pamiętajmy i o tym, że 5 sierpnia Stalin zlecił Gieorgijowi Żukowowi i Rokossowskiemu zadanie przedstawienia poglądu na temat możliwości zajęcia Warszawy. 8 sierpnia marszałkowie przedłożyli raport, który można określić jako szkic do ewentualnej operacji warszawskiej. Był już przedmiotem analiz polskich historyków, więc tu tylko przypomnijmy, że chodziło o użycie wielkiej liczby wojska i sprzętu, a same działania miałyby się rozpocząć nie wcześniej niż 25 sierpnia. Jak wiadomo, do tak szkicowanego natarcia nie doszło, o czym oczywiście zdecydował Stalin, choć dotąd nie wiemy, kiedy dokładnie i w jakiej formie to nastąpiło. Niewątpliwie jednak nastąpiło, być może tuż po pierwszym spotkaniu z Mikołajczykiem lub zaraz po drugim, tj. 9-10, ewentualnie na przełomie pierwszej i drugiej dekady sierpnia. Powzięta decyzja - poza omówionymi już przyczynami natury politycznej - mogła też mieć związek z walkami Armii Czerwonej na terytorium Rumunii. Jeszcze 27 marca Armia Czerwona przekroczyła Prut, ale po kilku tygodniach natarcie utknęło i Stawka wydała na początku maja rozkaz przejścia do obrony, co wiązało się w oczywisty sposób z rozpoczęciem przygotowań do operacji "Bagration". Nowe dyrektywy dowodzący wojskami 2. i 3. Frontu Ukraińskiego otrzymali dopiero 2 sierpnia. Nakazywały przeprowadzenie operacji jasso-kiszyniowskiej. Użyto w niej 1,25 mln żołnierzy i trwała od 20 do 29 sierpnia. W połączeniu z przewrotem (zwanym puczem) pałacowym w Bukareszcie przyniosła błyskotliwy sukces Armii Czerwonej, zerwanie sojuszu Rumunii z Trzecią Rzeszą i skierowanie przeciwko niej 400-tysięcznej armii rumuńskiej. Sukces wojskowy i polityczny operacji otwierał też drogę do opanowania Bałkanów. Niczego takiego nie obiecywała ewentualna operacja warszawska. Przeciwnie, zapowiadała wielkie kłopoty polityczne. Z punktu widzenia strategii Stalina priorytet kierunku rumuńskiego, przy prawdopodobnym fiasku rozmów z Mikołajczykiem, stawał się oczywisty. Jeśli rzeczywiście Stalin już 3 lub 4 sierpnia powziął zamiar "odgrodzenia się od warszawskiej awantury", jak to ujął 16 sierpnia w depeszy do Churchilla, to w jakim celu zażądał od obu marszałków opinii czy wręcz szkicu planu operacji warszawskiej? Czy tylko po to, żeby wyrobić sobie własny pogląd na temat jej kosztów ludzkich i materiałowych i zestawić je z hipotetycznymi zyskami politycznymi całego przedsięwzięcia? Nie mam na to źródłowych odpowiedzi, ale nie mogę też całkowicie wykluczyć prawdopodobieństwa innego domniemania. Skoro Stalin wszystko uzależniał od zgody Mikołajczyka na kremlowski wariant "fuzji" rządu i PKWN, musiał zdawać sobie doskonale sprawę, że z chwilą uzgodnienia takiego porozumienia natychmiast pojawiłby się problem podjęcia przez Armię Czerwoną zdecydowanych działań ofensywnych, które doprowadziłyby do wyzwolenia Warszawy. Z drugiej jednakże strony sądzę, że nie wierzył w możliwość zawarcia porozumienia z Mikołajczykiem na zasadach wyłożonych przez Bieruta. Wszystko to otwiera pole dla rozmaitych interpretacji, ale żadnej nie da się wyprowadzić z wiarygodnych źródeł, bo tych na razie brak. Eugeniusz Duraczyński Rzadko się zdarza, by Polak w Rosji był otaczany kultem. I to Polak, który szczerze Rosjan nienawidził, wymordował ich miliony, zdziesiątkował rosyjską inteligencję. A jednak w Rosji pomniki tego Polaka wciąż stoją, instytucje państwowe oddają mu cześć, w sklepie z pamiątkami na Kremlu można kupić T-shirty z jego wizerunkiem, a 11 września, czyli dzień urodzin tego polskiego szlachcica, jest świętem rosyjskich cywilnych służb specjalnych. Feliks Dzierżyński nadal traktowany jest w Rosji jak półbóg. Dla wywodzących się z KGB elit jest „świętym" założycielem sowieckiej bezpieki. Z podobną estymą traktuje się go na Białorusi, gdzie dodatkowo jest swojakiem z Mińszczyzny. Kult „Żelaznego Feliksa" zaszczepiano w całym dawnym bloku sowieckim. Lubiący się płaszczyć przed Moskwą komuniści z NRD nazwali elitarny oddział swojej bezpieki Pułkiem Wartowniczym im. Feliksa Dzierżyńskiego. W PRL czczono „Krwawego Felka" pomnikami, propagandowymi publikacjami i filmami. Z kultu tego na zachód od Bugu nic już nie zostało. Zburzenie warszawskiego pomnika „Czerwonego Kata" w Warszawie w 1989 r. stało się symbolem upadku komunizmu. Co prawda w ostatnich latach nieco ociepliła jego wizerunek książka Sylwii Frołow „Dzierżyński. Miłość i rewolucja", ale Feliks Edmundowicz jest powszechnie uznawany przez Polaków za zdrajcę, mordercę i psychopatę. Niektórzy kwestionują nawet jego polskie pochodzenie etniczne. A mowa przecież cały czas o człowieku, który w gimnazjum miał odwagę, by spoliczkować rosyjskiego nauczyciela za nazwanie polskiego języka „psią mową". Warto więc zapytać: na ile Dzierżyński czuł się Polakiem? Na ile traktował rozpętany przez siebie terror w Rosji jako zemstę na ciemiężcach własnego narodu? Czy w trakcie kierowania bezpieką zdobywał się na jakieś niewytłumaczalne propolskie gesty? Pan życia i śmierci Ks. Roman Dzwonkowski, zasłużony badacz losów Kościoła w Związku Sowieckim, miał okazję usłyszeć niezwykłą relację o wymykającym się schematom zachowaniu Dzierżyńskiego. Historię tę przekazał mu ks. Piotr Pupin, proboszcz z Rubieżowa, miejscowości leżącej tuż za przedwojenną granicą polsko-sowiecką. „Otóż ksiądz Pupin opowiadał mi, że gdy w latach 50. przyjechał do Polski na pogrzeb swojej matki i odprawiał mszę św. w katedrze w Białymstoku, podszedł do niego w zakrystii jakiś starszy ksiądz i zapytał go, czy on jest z ZSRR. Gdy potwierdził, tamten powiedział tak: »A ja się co dzień modlę za Dzierżyńskiego, bo on mi życie uratował. Gdy siedziałem w Piotrogrodzie w więzieniu razem z grupą 40 księży i czekaliśmy na śmierć, bo wtedy masowo rozstrzeliwano – pewnego wieczoru przyszedł Dzierżyński i powiedział: Wychoditie czornyje kruki. I uwolnił nas«". Czyżby „Krwawemu Felkowi" przypominało się, że w młodości chciał zostać księdzem? Znana jest również relacja Wandy Bogusławskiej-Dramińskiej mówiąca o tym, jak Dzierżyński uratował jej wuja przed rozstrzelaniem. Pisze ona: „Kiedy Dzierżyński przeprowadzał dziesiątkowanie więźniów, wujek akurat musiał wystąpić jako ten dziesiąty. Być może rysy twarzy były za mało rosyjskie, w każdym razie Dzierżyński zapytał: – Odkuda ty? – A ja z Polszy, matematyk. – No, jak matematyk, to idź tam, tu na lewo, tu na prawo, tam długi korytarz, później drzwi i wyjdź, i idź! I wyjście okazało się na wolność". Przypadek okazania łaski polskim więźniom przez Dzierżyńskiego opisał również Bogdan Jaxa-Ronikier w wydanej w 1933 r. książce „Dzierżyński, czerwony kat". Wśród ludzi osobiście ocalonych przez szefa Czeka miał się znaleźć sam Jaxa-Ronikier. Twórca sowieckiej bezpieki rozpoznał w nim człowieka, z którym kiedyś siedział w więzieniu (Jaxa-Ronikier, przedstawiciel elit społecznych, trafił za kraty... za zamordowanie swojego szwagra). Dzierżyński miał opowiedzieć mu historię swojego życia, tłumacząc się ze swojego pragnienia zemsty na Rosjanach. Ciekawie napisana relacja Jaxy-Ronikiera jest jednak powszechnie uznawana za fikcję literacką. Choć Jaxę-Ronikiera łatwo zdeprecjonować jako kryminalistę i fantastę, to zdarzało się przecież, że Dzierżyński pomagał również niekwestionowanym polskim patriotom. W 1918 r. Bolesław Wieniawa-Długoszowski (ówcześnie członek POW, później jeden z najbardziej znanych współpracowników marszałka Piłsudskiego, nominowany w 1939 r. na prezydenta RP) został aresztowany w Moskwie przez Czeka i osadzony w areszcie na Łubiance. Szybko stamtąd wyszedł, a to za sprawą bezpośredniej interwencji Dzierżyńskiego. Jadwiga Sosnkowska, żona późniejszego wodza naczelnego z II wojny światowej, wspomina, że jej matka wielokrotnie chodziła do Dzierżyńskiego w 1918 r., do jego gabinetu na Łubiance, gdzie wskazywała ludzi, których powinien zwolnić z więzień. Zawsze spełniał prośbę. Kuzyn Piłsudskiego Wśród osób, którym „Krwawy Felek" prawdopodobnie uratował życie, znalazł się również... Józef Piłsudski. W 1923 r. Mieczysław Łoganowski, rezydent sowieckich cywilnych tajnych służb w Warszawie, opracował plan zamordowania Marszałka. Grupa komunistycznych dywersantów, udająca endeckich studentów, miała napaść na słabo chronioną willę Milusin w Sulejówku, w której mieszkał Piłsudski wraz z rodziną. Jak pisał Tadeusz Płużański: „Jakie cele, prócz najważniejszego – pozbycia się przywódcy polskiego państwa – chcieli osiągnąć Sowieci? Otóż słusznie spodziewali się wybuchu zamieszek, a nawet wojny domowej. (...) Do akcji odwetowej przystąpiliby zwolennicy zgładzonego Marszałka. Przypomnijmy, że niedawno zabity został pierwszy prezydent II RP Gabriel Narutowicz i sytuacja społeczno-polityczna była mocno kryzysowa. Korzystając z tych nastrojów, komuniści zamierzali wzniecić upragnioną rewolucję. Plan Łoganowskiego gorąco popierał jeden ze zdrajców z Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski – Józef Unszlicht. Nie został jednak zrealizowany, gdyż zdecydowanie sprzeciwiła się mu... centrala w Moskwie w osobie Feliksa Dzierżyńskiego, przełożonego Łoganowskiego. Krwawy Feluś uznał, że w walce z pańską Polską wystarczą agitacja i dywersja". Łoganowski nie dawał jednak za wygraną i opracował kolejny plan zgładzenia marszałka Piłsudskiego. Tym razem zabójstwo miało być wyjątkowo spektakularne: „Przygotował potężny ładunek wybuchowy, aby odpalić go w centrum Warszawy. Termin ustalono na 3 maja 1923 r. – kolejną rocznicę uchwalenia pierwszej nowoczesnej konstytucji nowożytnej Europy. Eksplozja bomby była przewidziana w momencie, gdy marszałek Piłsudski razem z zaproszonym gościem – marszałkiem Francji Ferdinandem Fochem – odsłanialiby pomnik ks. Józefa Poniatowskiego na placu przed Pałacem Saskim. Wybuch miał zabić również dowódców Wojska Polskiego oraz najwyższych dostojników państwowych. Ofiarami padliby ponadto zagraniczni notable i warszawiacy (święto 3 maja przyciągało po odzyskaniu niepodległości tłumy ludzi). Tym razem Moskwa zaakceptowała plan. W ostatniej chwili terrorystyczny zamach został jednak zastopowany przez wysokiego rangą urzędnika sowieckiego, który ponoć przestraszył się konsekwencji. Nie ulega jednak wątpliwości, że akcję musiał wstrzymać ktoś na Kremlu – Dzierżyński" – wskazuje Płużański. W maju 1926 r. Komunistyczna Partia Polski dokonała zadziwiającego łamańca ideologicznego – poparła zamach stanu dokonany przez Piłsudskiego. Zrobiła to, choć wcześniej sowieccy dyplomaci prowadzili obiecujący dialog z endecją (opisany w książce Mariusza Wołosa „O Piłsudskim, Dmowskim i zamachu majowym"). Poparcie KPP dla piłsudczykowskich puczystów zostało później uznane za „błąd majowy" i stało się dla stalinowskich śledczych jednym z dowodów na głęboką penetrację tej partii przez polskie tajne służby. Czy do „błędu majowego" jednak doszło z powodu machinacji Dzierżyńskiego? Decydenci na Kremlu zostali przekonani, że Piłsudskiego warto poprzeć, bo będzie polskim Kiereńskim, słabym przywódcą, który wywoła chaos umożliwiający rewolucję komunistyczną w Polsce. Doskonale zorientowany w polskich sprawach szef sowieckiej bezpieki jakoś nie wyrwał ich z tego błędnego myślenia... Autopromocja Specjalna oferta letnia Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc KUP TERAZ Być może na zachowanie Dzierżyńskiego miało wpływ to, że Piłsudski był jego... dalekim kuzynem. Siostra „Krwawego Felka" Aldona Bułhak mieszkała w willi Marszałka w Sulejówku, a później w Belwederze. Jej syn był wówczas adiutantem Piłsudskiego. Feliks utrzymywał z siostrą kontakt korespondencyjny (co można uznać też za świetny kanał do ewentualnych tajnych kontaktów z Marszałkiem). Cały czas zapewniał ją, że kierują nim te same patriotyczne przekonania co w młodości: „Gdybyś widziała, jak żyję, gdybyś mi w oczy zajrzała – zrozumiałabyś, raczej odczułabyś – że pozostałem tym samym co dawniej" – pisał do niej w 1919 r. Siewca chaosu W II RP słusznie postrzegano Dzierżyńskiego jako zbrodniarza. Zdarzało się jednak, że dostrzegano w nim... polskiego mściciela. Krążyła anegdota o spotkaniu „Krwawego Felka" z Leonem Wasilewskim, bliskim współpracownikiem Piłsudskiego, podczas polsko-bolszewickich negocjacji pokojowych. Obaj znali się jeszcze z czasów rewolucji 1905 r. Dzierżyński miał go spytać, co o nim mówią w Warszawie. „Mówią, że mordujesz tysiące ludzi..." – bezceremonialnie odparł Wasilewski. Dzierżyński skorygował go: „Ale ja morduję nie ludzi, tylko Ruskich!". W ciekawy sposób sportretował twórcę sowieckiej bezpieki Ferdynand Antoni Ossendowski, pisarz znany ze swojego antykomunizmu, uciekinier z pogrążonej w rewolucyjnym chaosie Syberii. W swoim bestsellerowym „Leninie" (powieści, z powodu której NKWD rozkopało w 1945 r. grób Ossendowskiego, by sprawdzić, czy ten „wróg Związku Sowieckiego" naprawdę nie żyje) Ossendowski umieścił scenę, w której Dzierżyński jest bliski... zabicia Lenina. „Dzierżyński postąpił krok naprzód i szybkim, drapieżnym ruchem pochylił głowę. – Przyszedłem... – syknął – aby przypomnieć wam naszą pierwszą rozmowę w pałacu Taurydzkim w dzień powstania... Przyrzekliście postawić mnie na czele rządu polskiego, towarzyszu... – Wyznaczyłem Worosziłowa – odpowiedział Lenin. – Musi to być Rosjanin, gdyż Rosja będzie prowadziła wojnę z Polską. – Towarzyszu... – podniósł głos Dzierżyński, grożąc oczami – towarzyszu, rzekliście słowo... Można okłamywać ciemnych chłopów waszych, oszalałych robotników, buntowniczych i leniwych, ale nie mnie!... Ja wiem, czego żądam!... Wy nie rozumiecie tego, na co się porywacie! Wy nie znacie polskiego ludu! To nie Rosjanie! Polacy miłują sercem każdą grudkę ziemi, każde drzewo, każdą cegłę kościoła... Oni mogą się kłócić i za bary wodzić, lecz gdy o kraj pójdzie, gorze temu śmiałkowi, który nań się targnie!... Tam tylko ja oszukać, omamić, uśpić baczność i trwogę potrafię! Tylko ja! Za moją wierną służbę, za morze przelanej krwi, za pogardę i nienawiść, otaczające imię moje, żądam tego! Wyprostował się, lecz wzroku nie spuszczał z oczu Lenina. Ciężko oddychał i zaciskał ręką twarz drgającą. Chwilami kurczyła się tak, że odsłaniała mu zęby i dziąsła, jak gdyby krzyczał przeraźliwie, to znów rozchylała usta i zwężała oczy w straszliwej masce śmiechu. (...) Dzierżyński uderzył dłonią w stół i szepnął: – Żądam! Słyszysz ty, kusicielu, najeźdźco tatarski? Wyjdę stąd albo z dokumentem, podpisanym przez ciebie, albo po to, aby oznajmić, że umarłeś... Wiedz, że moi ludzie są tu wszędzie... Jeżeli zechcę, każę wymordować wszystkich w Kremlu... Żądam! Jeszcze raz uderzył pięścią w stół i umilknął. Lenin wyciągnął rękę do dzwonka elektrycznego. – Nie trudź się... dzwonek nie działa – syknął Dzierżyński, szyderczo patrząc na dyktatora. – Zresztą dziś w Kremlu na warcie stoją moi ludzie... Lenin nagle się zaśmiał. Żółta twarz stała się uprzejma i wesoła. – Chciałem prosić o papier! – zawołał. – Tylko o papier, cha, cha!". W II RP mało kto płakał nad losem carskiej Rosji. Co prawda w bardzo wielu publikacjach wskazywano na „azjatyckie barbarzyństwo" bolszewików i podkreślano, że stanowią zagrożenie dla Polski i całej cywilizacji ludzkiej, ale upadek państwa carów powszechnie uznawano za akt sprawiedliwości dziejowej. Czy Polska mogłaby bowiem się odrodzić, gdyby Imperium Rosyjskie nie upadło? Przed I wojną światową Rosja rozwijała się gospodarczo podobnie dynamicznie jak współczesne Chiny. Powstawały prognozy mówiące, że obok Stanów Zjednoczonych zdoła w ciągu półwiecza wygrać rywalizację ze starymi mocarstwami kolonialnymi. Rosja ze swoją ogromną armią była też jednym z filarów antyniemieckiej koalicji w I wojnie światowej. Gdyby nie doszło do rewolucji, Imperium Rosyjskie znalazłoby się wśród tych, którzy dyktowaliby warunki pokoju. Polska mogłaby się wówczas odrodzić jedynie jako małe wasalne państewko podporządkowane wielkiemu wschodniemu sąsiadowi. To, że tak się nie stało, w dużej mierze wynikało z tego, że dawne Imperium Rosyjskie zostało pogrążone w chaosie przez bolszewików. Rewolucja i wojna domowa zmieniły dynamicznie rozwijający się kraj w ruinę, zdziesiątkowały rosyjską inteligencję, w tym specjalistów mogących podźwignąć jej przemysł. Potężna rosyjska armia przemieniła się w zdezorganizowaną hordę, która nie była w stanie poradzić sobie nawet ze stosunkowo słabymi siłami odrodzonej Polski. Straciła aż do lat 30. zdolność prowadzenia dużych wojen ofensywnych. Ten pogrom był również w pewien sposób „zasługą" Dzierżyńskiego, którego szalony terror bił w rosyjskie elity, w tym wojskowe. Dzierżyński mógł przez to sprawiać wrażenie wrogiego agenta. Choćby wtedy, gdy w 1918 r. kazał rozstrzelać całe kierownictwo wywiadu wojskowego – doświadczonych carskich specjalistów, którzy przeszli na stronę bolszewików. Pokonany przez agenta ochrany Jeśli Dzierżyński rzeczywiście widział się w roli polskiego mściciela i pogromcy moskiewskiego imperializmu, to sam zniweczył swoją strategię, wspierając Stalina w kremlowskiej „grze o tron". Jak po latach Ławrientij Beria wyjaśniał swojemu synowi Sergo: Stalin wydawał się w ostatnich latach życia Lenina najmniej niebezpiecznym kandydatem do objęcia władzy po wodzu rewolucji. Trocki, Kamieniew czy Zinowjew postrzegali go jako nudnego aparatczyka, który może być kompromisowym kandydatem do przywództwa w partii. Miał porządzić kilka lat, a potem zostać wymieniony na kogoś poważniejszego, gdy któraś z partyjnych frakcji odniesie zwycięstwo nad innymi. Dzierżyński też hołdował tej iluzji. Aż w lipcu 1926 r. nastąpił wstrząs. Na jego biurko, w partii dokumentów wysyłanych sukcesywnie do centrali z leningradzkich archiwów, trafiła teczka wyraźnie wskazująca, że Stalin był jednym z najbardziej niebezpiecznych agentów ochrany (carskiej policji politycznej) w partii bolszewickiej (historię pracy Stalina dla ochrany oraz dzieje jego teczki drobiazgowo odtworzył amerykański historyk, były więzień Gułagu Roman Brackman w książce „The Secret Life of Joseph Stalin: A Hidden Life"). Teczka ta przez niemal dekadę leżała w archiwum pomiędzy mało ważnymi papierzyskami, ponieważ przeglądający ją funkcjonariusze nie kojarzyli nazwiska Iosif Dżugaszwili, prawdziwego nazwiska Stalina, którego używał, gdy został zarejestrowany jako TW przez ochranę. Dzierżyński był w szoku. Służący rosyjskiemu imperializmowi wróg przedostał się na sam szczyt w partii! Dwa dni później, 20 lipca 1926 r., Dzierżyński przemawia na partyjnym plenum. Jego długa mowa jest wołaniem o pomoc. Nie może powiedzieć wprost, co się stało, ale daje sugestie dotyczące wroga wewnętrznego. Słuchacze widzą w tym typową dla szefa bezpieki paranoiczną propagandową retorykę. Widzą jednak, że „Żelazny Feliks" jest w fatalnym stanie psychicznym. Dzierżyński co jakiś czas sięga po stojącą na mównicy szklankę z wodą, która jest sukcesywnie uzupełniana płynem. Nagle gwałtownie się osuwa. Zawał serca. Wezwany lekarz aplikuje mu zastrzyk. Szef bezpieki nie trafia jednak na ostry dyżur do szpitala. Wiozą go do jego mieszkania, gdzie pozwalają mu umrzeć. Później dochodzi do matactw w dokumentacji medycznej i w oficjalnych komunikatach. Raz podaje się jako przyczynę śmierci zawał serca, innym razem wylew. Wiele osób podejrzewa otrucie. 22 lipca 1926 r. Feliks Dzierżyński został z pełnymi honorami pochowany pod murem Kremla. Na jego cześć przemianowano na Dzierżyńsk miasteczko Kojadnów leżące w pobliżu dworku Dzierżyńskich. W 1932 r. będzie ono stolicą Polskiego Rejonu Narodowego im. Feliksa Dzierżyńskiego, który został unicestwiony, wraz ze sporą częścią miejscowych Polaków, w trakcie ludobójczej „operacji polskiej" NKWD z 1937 r. Tragicznie potoczyły się też losy części członków rodziny Dzierżyńskich. Starszy brat Feliksa Stanisław został zabity w 1917 r. w rodzinnym majątku przez rosyjskich maruderów. Ponoć na rozkaz Feliksa wytropiono morderców i bez większych ceregieli zgładzono. Drugi starszy brat, Kazimierz, był związany z AK. Zginął wraz z żoną podczas niemieckiej pacyfikacji rodzinnego dworu w 1943 r. Inny brat, Władysław, był pułkownikiem Wojska Polskiego i wybitnym neurologiem. Angażował się w działalność AK i został za to rozstrzelany przez Niemców w Zgierzu w 1942 r. Aldona Bułhak próbowała ratować przed śmiercią gen. Emila Fieldorfa, interweniując w jego sprawie u marionetkowych stalinowskich władz PRL. Bezskutecznie. Udało się jej za to ocalić przed śmiercią w ubeckim więzieniu swojego krewnego Władysława Siłę-Nowickiego, żołnierza WiN, a później znanego mecenasa i opozycjonistę. Może gdyby Feliks Dzierżyński nie odkrył teczki Stalina, pożył dłużej i przeszedł na emeryturę, stałby się ofiarą „operacji polskiej" NKWD z 1937 r. Może jednak wcześniej sam postawiłby Stalina pod ścianą i rozstrzelał jako „imperialistycznego agenta". Czy ludzie, którzy w lesie pod Wodzisławiem Śląskim obchodzili urodziny Adolfa Hitlera, chcieliby z Polaków zrobić niewolników? Adolf Hitler obiecywał Niemcom przestrzeń do życia na wschodzie Europy. Przestrzeń do życia, która miała być zbudowana naszym kosztem. Polaków, tak jak wszystkich Słowian, wódz III Rzeszy traktował jako podludzi. W jego planach większość Polaków miała być eksterminowana, a ci którzy przeżyją, mieli być niewolnikami Niemców. Żaden zwolennik Hitlera nie odżegnywał się od tych jego planów. Dlaczego więc wśród Polaków znalazły się osoby, które obchodziły jego urodziny? Czy ludzie, którzy w lesie pod Wodzisławem zorganizowali imprezę sławiącą twórcę nazizmu chcieli realizacji jego postulatów? Czy chcieli masowej eksterminacji narodu polskiego? Czy chcieli nas pozbawić intelektualnej elity? Czy chcieli nas zamienić w swoich niewolników? Czy chcieli na terenach Rzeczypospolitej utworzyć miejsce do życia dla Niemców? Może przynajmniej chcieli oddać Gdańsk Niemcom? Jednym z filarów Narodowej Demokracji były wrogość wobec niemieckiego nacjonalizmu, pragnącego ekspansji Niemiec we wschodniej Europie. Dlaczego więc osoby, które odwołują się do ideałów Romana Dmowskiego, nie zwalczają wystarczająco wszelkich pojawiających się w Polsce odwołań do ideologii wyrosłych na niemieckim nacjonalizmie i ambicjach niemieckiej ekspansji na wschód? Czy nienawiść do nazizmu i antysłowiańskiego rasizmu nie powinna być jednym ze znaków rozpoznawczych polskich narodowców? Co pragną osiągnąć polscy zwolennicy Hitlera? Czy tak naprawdę chcieliby być Niemcami, nie Polakami? Bo ci „oryginalni” naziści byli Niemcami, odwołującymi się do niemieckiego nacjonalizmu, gardzącymi Polakami. Polak, wyrosły w tradycji katolickiej, słowiańskiej, którego przodkowie przez wieki walczyli z uciskiem, nie mógłby się odwoływać do rasistowskich i totalitarnych ideałów NSDAP. Prawdziwy polski patriota powinien więc zwalczać nazizm na równi z komunizmem, a nie ubierać się w mundury SS. « ‹ 1 › » oceń artykuł

dlaczego stalin nienawidził polaków